Paź 182013
 

Z rosnącym zażenowaniem i smutkiem muszę wrócić do sprawy Profesora J. i napisać, że „wiem, że nic nie wiem”. Wczorajszy Duży Format przyniósł dla mnie wstrząsający tekst zatytułowany Profesor politechniki wyłudził prawie 2 miliony, jeśli to co tam napisano jest pełną prawdą. Tak więc IF prawdą jest że:

Wynagrodzenia za podpisane umowy o dzieło Antoni odbiera w kasach uczelni, później przychodzą na jego konto. Za każdy razem pieniądze karnie zanosi swojemu patronowi do gabinetu i oddaje. Kwoty dla młodego doktoranta są zawrotne: za każdym razem jest to kilka, a często nawet kilkanaście tysięcy złotych, więcej niż jego roczne stypendium. Antoni B.: – Raz czy dwa profesor przyjechał nawet po pieniądze do akademika. Wchodził, liczył i ściskał rękę, mówiąc: „Doskonale, proszę tak dalej pracować, a świat nauki będzie stał przed panem otworem”.

THEN… to trudno jest mi znaleźć parlamentarne określenie dla sytuacji, w której tytularny profesor przyjeżdza do akademika do swojego doktoranta po odbiór „doli”.
ELSE… Podpisywanie umów in blanco jest wysoce naganne, ale obawiam się, że po latach nie do udowodnienia. Raczej nie da się bowiem  wykazać, że najpierw był złożony podpis wykonawcy a dopiero potem wpisana kwota i temat. Słowo przeciw słowu? Sam wielokrotnie kierowałem pracami opiewającymi na kwoty o dwa rzędy wielkości mniejsze. Najczęściej podpisywałem rachunki jako tak zwany „kierownik”, czyli osoba zlecająca wykonanie pracy. W przypadku nadgodzin dydaktycznych „odbierałem” wykonanie tych zadań potwierdzając to własnym podpisem. Przy odrobinie wyobraźni mógłbym sobie wyobrazić sytuację, że w podobnych okolicznościach realizatorzy godzin nadliczbowych oskarżają swojego zleceniodawcę, że kazał sobie zwracać wynagrodzenie… Znów słowo przeciw słowu?
Taka sytuacja nie miała się prawa zdarzyć. A jeśli się zdarzyła to pozostaje mi jedynie wszystkich przeprosić jako jeden z wielu szeregowych pracowników nauki za wybryki Profesora J.
Świat nauki może narzekać na złą passę, na wrogość mediów czy też społeczeństwa. W dużej mierze jednak mamy to „na własne życzenie”. No bo co mają o naukowcach myśleć zwykli ludzie, jeśli jeden z profesorów z rozbrajającą szczerością przyznaje się, że w rozmowie z dziennikarzem trochę zagrałem czyli mówiąc po prostu kłamałem, albo rażąco mija się z faktami na temat pewnego lotu z 2 listopada 2012. Co w tej sprawie jest prawdą a co „zagraniem” rozstrzygnie mam nadzieję niezawisły sąd. Mleczko się jednak rozlało i, przepraszam za kolokwializm, smród pozostanie.

dr hab. inż. R.Robert Gajewski
Kierownik Zespołu Technologii Informatycznych

 Posted by at 09:41
Paź 142013
 

Sprawa Politechniki Wrocławskiej wypłynęła już w kwietniu tego roku. Donosiła o niej Gazeta Wrocławska. Wykryto „przekręty” na zastraszającą skalę 80 tysięcy złotych… Dziewięć lat i 80 tysięcy, czyli niecałe 10 tysięcy rocznie przy wielomilionowym budżecie. Szukajcie, a znajdziecie! Bo jak mawia stare powiedzenie lekarzy – nie ma ludzi zdrowych, są tylko źle zdiagnozowani. Inna wersja tego powiedzenia mówi – nie ma ludzi niewinnych, są tylko źle przesłuchani… Szukajcie, a znajdziecie…

 Posted by at 09:42