Maj 302019
 

W tym miejscu chciałbym aby jednoznacznie i pisemnie wybrzmiało moje niezmienne od lat i głęboko przemyślane zdanie na temat awansów naukowych i zawodowych, wszelakich stopni, tytułów, etatów.

Zacznę od… prac dyplomowych i tytułów zawodowych. Byłem superrecenzentem i ręce i majtki opadają. Tu wszystko odbywa się we własnym koleżeńskim sosiku. Tylko KAUT i PAKA mogą w przypadku pecha coś namieszać. Ale z drugiej strony jaki jest koń każdy widzi i… nic z tym nie robi. To jednak temat na osobne opowiadanie.

Za jakość doktoratu w dużej mierze odpowiada promotor tak jak w przypadku pracy dyplomowej, ale tu sprawa jest bardziej poważna, bo recenzenci są dwaj i obaj zewnętrzni. Jak promotor chce popełnić naukowe i towarzyskie samobójstwo to jego ale i także wydziału problem. Po to jest komisja doktorska, która powinna nad tym czuwać, że jeśli nawet promotor zalicza odlot to nie ucierpi na tym dobre imię wydziału. Po doktoracie moim zdaniem powinien nastąpić automatyczny, oczywiście jeśli ktoś chce poparty głosowaniem i uchwałą rady, awans na adiunkta. Bez żadnych komisji, które mają stwierdzić, czy dany delikwent po awansie naukowym nadaje się do awansu etatowego (zawodowego), czyli weryfikować albo podważać kompetencje zewnętrznych recenzentów. Powiedzmy to otwartym kodem!

Tu mała dygresja dotycząca mojego stosunku do egzaminów dyplomowych. Jeśli przez cztery lub dwa lata sprawdzamy i egzaminujemy kandydata na inżyniera lub magistra to nie egzaminujmy go kolejny raz tylko zróbmy obronę pracy dyplomowej. Bardzo często bywa tak, że student ma na przykład 5.0 z budownictwa ogólnego i konstrukcji drewnianych a nie potrafi sklasyfikować więźb dachowych. Wiedział to ale zapomniał. Jaki jest głębszy sens w zmuszaniu go do ponownego wyrycia na pamięć iluś tam spraw.

Wracając do naszych baranów. Inaczej jest z habilitacją i profesurą czyli tytułem. Tu nie ma promotora i delikwent, kandydat, sam stwierdza, że jego zdaniem nadaje się czyli jest godzien. Według starej ustawy w przypadku habilitacji kandydat sam składał papiery do CK, ale dobrym obyczajem było seminarium i dyskusja w macierzystej lub wybranej do prowadzenia przewodu jednostce. Jak wyglądają niektóre prezentacje i wnioski nie będę komentował. Tu powiem otwartym kodem – polityka łączy się z nauką tworząc… politykę naukową. Dodam, że z moim indeksem h- równym 3 i 16 indeksowanymi w WoS publikacjami nie wypadam na tle aż tak źle, żeby… nie móc zostać profesorem uczelnianym.

Powoli kończę ten mój głos w nieistniejącej dyskusji na temat kryteriów i zasad awansów naukowych i zawodowych. Zdanie mam proste i jasne. Zostawiam na boku awanse naukowe i skupię się na profesorze uczelnianym. Według mnie zasada powinna być bardzo prosta. Osoba, która uzyskała stopień doktora habilitowanego jest automatycznie awansowana na profesora uczelnianego na pięć lat. Przyjmujemy przez chyba słuszne domniemanie, że jest różnica między dyplomem inżynierskim a habilitacją. Czyli nie podważamy opinii recenzentów! Jednocześnie przedstawiane są jednoznaczne kryteria co należy wypełnić, aby zostać zatrudnionym na etacie profesora uczelnianego przez kolejne pięć lat. Ale tu nie może być tak, że prawo działa wstecz. Kryteria są określone na starcie a nie na mecie! Krytykujemy zasady ewaluacji a sami postępujemy tak samo. Jeśli ktoś nie spełni kryteriów po pięciu latach wróci na etat adiunkta. Chyba prosta zasada.

Na koniec optymistyczne podsumowanie. Wszędzie jest podobnie bez sensu choć może trochę bardziej normalnie. Podam przykład z pierwszej ręki dotyczący Hiszpanii. Aby uzyskać etat profesora na dowolnej uczeni trzeba spełnić ogólnokrajowe kryteria znane od lat i tyko nieznacznie modyfikowane. Czyli nie ma tam wolności akademickiej czyli uczelnianej dowolności, ale za to są jasne reguły gry. Gdzie jest haczyk? Są tam wśród wielu kryteriów punktowych trzy „śmieszne”. Oczywiście między kryteriami jest koniunkcja.

1. Open position czyli etat, możliwość i wola zatrudnienia. Taki odpowiednik naszych konkursów z przeszłości. U nas konkurs to był miesiąc, Open position to rok, dwa…
2. Kierowanie projektem europejskim. Tu jest drugi haczyk – kierowanie zakończonym projektem! No bo… projekt może się zakończyć klęską!
3. Przewody doktorskie. To co, zakończone? Żeby nie było mowy o klęsce? Bynajmniej, przewody otwarte. Dlaczego? Żeby pokazać ciągłość troski o rozwój kadr.

No i case study. Człowiek spełnia wszystko, tylko projekt trwa. Dramat. OK, może opóźnić obronę doktoratu, żeby spełnić warunek 3 po zakończeniu projektu europejskiego ale niestety kandydat na profesora nie ma najmniejszego wpływu na open position.

 Posted by at 07:06
Maj 292019
 

Na ostatniej radzie grupa „konstrukcyjna” (nie mylić z rekonstrukcyjną i konstruktywną) otworzyła starą puszkę z dyskusją o tym, co jest najważniejsze. Najważniejsze są przecież konstrukcje! Pan Dziekan podsumował to stwierdzenie krótko i węzłowato. Konstrukcje robi się z materiałów i najważniejsze są materiały i ich inżynieria. W radzie jest obecnie sześciu czystych mechaników. Żaden nie usłyszał tych tekstów. Ja mam jako były samodzielny pracownik naukowy wpisaną mechanikę konstrukcji, ale życie nauczyło mnie nie wychodzić przed szereg i milczeć, gdy milczą wielcy tego świata. Na blogu mogę jednak napisać, co sobie o tym myślę. Najważniejsza jest… synergia czyli współdziałanie kilku czynników wspomagających działanie. Owszem, nie ma konstrukcji bez materiału, ale nie przesadzajmy. Jakoś z grafenu jeszcze nie stawiamy domów. Ale skoro mamy już ten nowy materiał i chcemy z niego coś wybudować to może warto coś policzyć, do czego potrzebna jest mechanika konstrukcji. Istnieje też coś takiego co nazywa się mechanika materiałów. Więcej jeszcze będzie… Na razie wtykam kijek… w mrowisko płytko i delikatnie.

 Posted by at 11:40